Okulary – Pepco (fajne i przydatne miejsce – tanio i ładnie) – stylizacja paznokci – pralnia – pusty lokal po ubezpieczalni (widocznie już wszyscy, którzy mieli – już – nowych brak – mała rotacja na tym osiedlu) – gar- mażerka (całkiem dobra) i następne drzwi cukiernia (tej samej firmy) – lody własnego wyrobu – dość znane w mieście – kilka punktów – nie we wszystkich przez cały rok – w galeriach – przez cały – w osiedlowych nie. Lody oczywiście. Wszędzie – nie zawsze.

Wchodzi do tej cukierni.
-Kawę proszę. W tej szklance jakby – na podwójnym espresso – z samym mlekiem – lekko ciepłym, lekko spienionym. Napiwek można nabić na kartę?
-Niestety nie. Czy coś jeszcze? – Nawet nie zerka na ciasta, ciastka w chłodziarce. Silny skurczybyk.
-Tak. Pani uśmiech.
-Czy na tym koniec?
– Tak. – Szuka w portfelu drobnych, aby wrzucić do słoiczka. Nie zawsze znajduje.

Bardziej rzuca, niż kładzie czapkę na stoliku, który mu pasuje, i idzie do łazienki – zawsze trzeba pobrać klucz. Wcale się nie dziwi – pełno matek z dziećmi – jakby tak każde dziecko tutaj – to nie daj Bóg.

Wraca z łazienki. Rozbiera się z kurtki i bluzy. Siada.

-Już kawa.
-Dziękuję. Jak u Was jest Wi-Fi?
-Hasło – Torty Pyszne.
-Myślałem, że Słodkie Ciacha.
-Czy coś jeszcze Pan sobie życzy?
-Nie, dziękuję. To wszystko.

Siada tyłem do kontuaru i chłodziarki i raczej nie widzi również wejścia – cały czas ktoś wchodzi. Przeważnie matki z dziećmi. Twarz ma skierowaną w stronę szyby i zewnętrza. Przy upałach są zasłonięte kotarami, aby się nie nagrzewało zbytnio.

Siada sobie. Popija kawę. Klika w telefonie. Ma trochę czasu – do odbioru córki z przedszkola. Stara się w tym czasie nadrobić jakieś zaległości – odpowiada na emaile – albo szuka czegoś w Googlach, co jest mu potrzebne – np. adresy Wydziałów Polonistyki w Polsce – gdzie chce wysłać swoją książkę. Albo Wydziały Polonistyki za Granicą – kil- kanaście razy szukał – próbował – nigdy nie mógł znaleźć.

Mija parę dobrych chwil – zbiera się. Ubiera się.
Idzie do łazienki – na przysłowiowe zaś – chyba się przejdą z Małą – nie zła pogoda.

Do widzenia. Dziękuję.
Do zobaczenia. Dziękujemy.

Idzie wzdłuż szklanych ścian sklepików i sklepów – w odwrotnym kierunku – niż parę dobrych chwil wcześniej.

Myśli o słowach Pana Andrzeja. Pan Andrzej jest specjalistą od elektryki, hydrauliki i ogólnie remontów. Znają się już paręnaście lat – zawsze jak trzeba – prosi go, aby przyjechał pomóc. A to elektryka, a to zmywarka, młynek – a to tamto i to. Zawsze można na niego liczyć.
Myśli o jego słowach.
-Pan ma się dobrze z Panią Penelopą.
-Tak?
-Jak Ukraina z Rosją.
-A co to znaczy? – pyta Penelopa podczas kolacji.
-Nie wiem, ale chyba nic dobrego – odpowiada.
-A jak lektura? Czytały żona z córką? – pyta Pana Andrzeja przy pizzy po robocie u nich.
-Jak Pan je spotka, Pan je zapyta – odpowiada, sięgając po duży kawałek.

Zawsze daje im swoją świeżą książkę. Pan Andrzej przysłowiowo nie ma czasu, ale jego żona i córka podobno lubią. Zbierają się z pomocnikiem. Sprawdzają kartkę – i odhaczają, czy wszystko jest zrobione. Zgadza się.

-Pan to ma dobrze, z Panią Penelopą.
-To znaczy?
-Jak Ukraina z Rosją. – Nie dopytuje, ale domyśla się, że to nic pozytywnego.

Skręca w prawo, za rogiem linii sklepów.
Idzie wąską strużką chodnika. Czasami tam kot na niego czeka. Dzisiaj go nie ma.

Dochodzi do przystanku końcowego – na pętli i przechodzi na drugą stronę.

Uliczka – mała – wije się lekko to w lewo, to w prawo. Mija kolejną Stokrotkę. Aż dziwne, że nie Biedronkę. Bo to jest chyba, kolego, Wojna – Biedronki ze Stokrotką – jak palących z niepalącymi – odwieczna dychotomia – jak Legia i Polonia – jak Wisła i Cracovia. Więc się nie pytaj – dlaczego? I co to znaczy?